stranger in Moscow
no udało mi się w końcu ogarnąć te foty, mniej więcej.
najpierw Litwa, Wilno konkretnie.

miałam przygotowane zdjęcie Ostrej Bramy, tej z inwokacji z Pana Tadeusza, ale gdzieś się zapodziało. (strasznie mi się podobała ta czapa z misiem, niestety serce mojej mamuśki pozostało niewzruszone na rozpaczliwe prośby swojego dziecka)

tu już Rosja, miasto jakieś 30 km (strzelam, plus minus) za Moskwą, mnóstwo cerkwii skupionych w jednym miejscu, nie wiem jak to ładnie nazwać:

i Moskwa. przewodniczka już pierwszego dnia powiedziała, że nikt nie mówi “jak długo się tam jedzie?”, tylko “jak to jest daleko stąd?”. chwilę później przekonałam się (czy raczej przekonywałam), co to znaczy. 9 km ~ 1,5h.

byłam nawet w turbodrogim centrum handlowym z fontanną w samym środku. Sonia Rykiel, Calvin Klein, Dior, Salvatore Ferragamo, Armani, Etro (te buty z frędzlami są właśnie z Etro) i tak dalej. w takich miejscach powinno się mnie trzymać na smyczy chyba
to też stamtąd:

kosmicznie dobre cukierki (кoнфети – kanfiety) o przeuroczej nazwie Aлëнка – Aljonka, których potem poszukiwałam w sklepach:

Cmentarz Nowodziewiczy (новодевиче кладбище – przepraszam, cyrylica jest taka słodka, nie mogę się powstrzymać! strasznie się jaram, że w końcu się jej nauczyłam przez ten wyjazd), gdzie leży m.in. Borys Jelcyn, i ma bardzo brzydki pomnik, żona Stalina, primabaleriny, pisarze, aktorzy, artyści, politycy, naukowcy, nawet kosmonauci się znajdą, i laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki

jeszcze raz Cerkiew Wasyla Błogosławionego. to takie surrealistyczne uczucie, zobaczyć na własne oczy coś znanego na cały świat, co wcześniej oglądało się tylko na zdjęciach.

pamiątki – najbardziej urzekł mnie oczywiście Lennon, z którego wyciągało się McCartney’a i tak dalej, wszystkich Beatlesów, był Michael Jackson i Obama. a obok jeszcze widać Lenina.

rosyjski fast-food, крошка картошка – kroszka kartoszka. ziemniak w łupince, z masłem, serem, i różnymi dodatkami do wyboru, grzybami, szynką, śledziem, twarogiem, serem

ha, moskiewskie nowe wieżowce – przewodnik mówił, że dzwonił tam kiedyś z ciekawości – w tym pierwszym mieszkanie w stanie surowym kosztowało 15 tys. dolarów za metr kwadratowy.

okolice Placu Czerwonego, stragany z pamiątkami, przesłodkie małpki – kurde, zawsze chciałam taką mieć – a nawet Homer Simpson (mam z nim zdjęcie!)

strzelane z autokaru:

w ogóle fajnie tam ludzie się zachowują na pasach. kiedy jest skrzyżowanie, i muszą przejść na przeciwległą stronę, po prostu idą środkiem ulicy. po co się bawić w chodzenie na około.

drzewka, ale nie pamiętam gdzie. przed ślubem przychodzą tam pary, i wieszają swoje podpisane kłódki.

Galeria Trietiakovska – Третьяковская галерея. ale tam chyba nie wolno było robić zdjęć

bzdury

panorama bitwy pod Borodino i gratis w postaci zdjęcia tamtejszej przepięknej łazienki (w muzeum, bądź co bądź):

jako że w Moskwie akurat wypadły moje urodziny, przy okazji płynięcia statkiem po jakiejś rzece (nie pamiętam nazwy, niestety) trzeba było to opić. taaaaak. najfajniejsze z tego musiały być zdecydowanie Asi i moja mina, kiedy zorientowałyśmy się (oczywiście po dłuższej chwili tęgiego rozkminiania), że chyba nie zdążyłyśmy wysiąść tam, gdzie miałyśmy.

z tego więcej zdjęć nie będzie, to się nie nadaje do oglądania, hahah (płynąc, przez chwilę mieliśmy widok na Cerkiew Wasyla, trzymałam akurat aparat i myślę: “dawaj dawaj Ola, zrób proste zdjęcie!”. potem je znalazłam… oboże)
aha, i naprawdę czadowa rzecz – moskiewskie korki. mimo, że w niektórych miejscach są ośmiopasmowe (!!! w obydwu kierunkach, czyli razem szesnaście pasów) ulice, jedzie się naprawdę z zawrotną prędkością. a popołudniowe korki, które u nas zaczynają się +- 16-17, tam robią się koło 21. wtedy wraca się z pracy.
swoją drogą, tam są korki non-stop. wieczorne i poranne są po prostu najgorsze.

Kreml. miałam już tylko kilka wolnych zdjęć na karcie, zresztą tamte budynki się słabo fociło. krzywe to jakieś wszystkie


i przesłodki ptaszek, którego karmiłam frytkami z ruskiego McDonald’sa. słowo daję, tam nawet głupi BigMac smakuje inaczej. i mają dobre śniadaniowe kanapki. i panie kasjerki, którym pokazywałam palcami na obrazkach co i ile czego chcę, inaczej się nie dało

i to mniej więcej koniec.
tak w ogóle to chciałam jeszcze dodać, że ostatnio zrozumiałam, dlaczego mówi się, żeby w Rosji nie kupować hot-dogów, hamburgerów ani rzeczy tego typu w małych budkach na ulicy. to było mniej więcej wtedy, kiedy dowiedziałam się o tym
(671 wyrazów, łał! czegoś takiego jeszcze nie było)
znów o autobusach, pośrednio
co to w ogóle ma być, ta dzisiejsza pogoda?
w czasie najgorszego wiatru + deszczu miałam niewątpliwą przyjemność stać z Natalą na przystanku autobusowym. po sprawdzeniu rozkładu i stwierdzeniu, że najbliższego 199 mamy 15 minut, jedynym dopuszczalnym wyjściem wydawałoby się załamać. ale nie nam! Natala wyciągnęła z kieszeni swojego ajfona trzy-gje /podobno funkcjonuje on też pod nazwą “Nokia 3310″/ i rozpoczęłyśmy tańce połączone ze śpiewem do hitów takich jak “Mozart 40″ czy też “Knick Knack”. skończyło się tak, że wszyscy, którzy zawinęli na nasz przystanek po pół minuty byli już w drodze na następny
[edit]
aha, i zapomniałam dodać, że kiedy już zdążyły nam poodmarzać stopy i takietam, przyuważyłyśmy daleeeko na horyzoncie autobus. powstrzymując się od umarcia (?) ze szczęścia, czekałyśmy na niego. niestety kiedy podjechał, okazało się, że to zjazd do bazy. i jeszcze na dodatek ochlapał Natalę kałużą.
to by było na tyle.
rozkminy autobusowe
w autobusie, trwa obserwacja młodego mężczyzny w pięknym ortalionowym odzieniu
- ciekawe, co taki dres ma w głowie. i jak on nie marznie w tych spodniach.
- może one trzymają ciepło. wiesz, taki termos. dresowy.
to mi chodzi po głowie od kilku dni:
look at me oh look at me is this the way i’ll always be
oh no, oh no
now i pray that somebody will quickly come and kidnap me
oh no, oh no
everyday i lie awake and pray to god today’s the day
oh no, oh no
here i am oh here i am oh when will someone understand?
oh no, oh no
zostaw komentarz