ew.. ewal.. ewaluować?
to był dziwny dzień.

(przedostatnie zdjęcie z tych wyżej ze specjalną dedykacją dla Pani z ostatniego) narobiłyśmy kilka bezsensownych kilometrów, spotkałyśmy parę znajomych osób albo dresów obserwujących gwałcące się psy. najlepszy i tak był dziadek, na którego wpadłyśmy na plaży. stałyśmy sobie przy wkopanym w ziemię drążku, chyba wiadomo o co chodzi. no i przychodzi sobie taki pan, pewnie pod sześćdziesiątkę. ściągnął bluzę, podciągnął (dobrze, że nie ściągnął! – już się bałam) spodnie, podszedł i złapał się tego drążka. zaczęłyśmy się już podśmiewać pod nosem. a on… bujnął się do przodu, jeb!, wymyk, jeb!! odmyk, jeb!!!, zeskakując, jeszcze salto pierdolnął. a my zbierałyśmy swoje zęby z piasku…
a potem historyja standardowa. “oglądanie filmu” u Aguśki (z 15 minut przed jego końcem zrobiłyśmy przerwę, i do oglądania wróciłyśmy po minimum… godzinie? jak nie więcej.)

co za dzień. kiedy powtórka?
RMS Titanic
cholera, takie pieprzone romansidło, a i tak zawsze to obejrzę, nawet pomijając fakt, że do samej historii Titanica mam straszny sentyment, od dzieciństwa ją kochałam.
i nigdy, nigdy w życiu nie chciałabym się utopić.
czemu się tam znaleźli, ludzie w gorących kotłowniach, pozamykani jak zwierzęta, biegający po ciasnych, klaustrofobicznych korytarzach, siedzący na łóżkach, przebierający nogami i rozchlapujący dookoła zimną, oceaniczną wodę, ciała w zwiewnych sukniach dryfujące po obszernych salach?
a ci ludzie, którzy chcieli umrzeć z godnością, siadają na fotelach w najlepszych garniturach i z kieliszkiem brandy, kładą się w łóżkach z żonami i dziećmi, nie uda im się, wszyscy i tak będą krzyczeć, kiedy nadejdzie ten moment, płakać i rzucać się na wykwintnej jedwabnej pościeli i wrzeszczeć, i ochh, to takie smutne, wszyscy i tak zginą..
kto z nich miał największe szczęście?
moja odpowiedź – ci, którzy przegrali bilety.
spłuczka nie działa
Natalia, Aga, i ja, trzy same w mieszkaniu, no bo brat spał, zresztą, jego można by nie liczyć. gdzieś o 11 zebrało nam się na oglądanie filmów, koreańskich horrorów i jakiegoś tam psychologicznego, po czym bałyśmy się iść do łazienki. przez korytarz biegłyśmy zakrywając twarz rękoma i poduszkami, a na samych filmach łapałyśmy się za ręce i wydawałyśmy odgłosy, które trudno sklasyfikować – coś między jękiem a piskiem. o 1 w nocy zgłodniałyśmy, tak. kurczaki z zamrażalnika wymiatają. no i tekst nie powiem czyj, ‘ej, spłuczka nie działa! a ja ci tu kupę strzeliłam!’. gdzieś w okolicach godziny 3 wypiłyśmy cappuccino, skacząc po kanałach w poszukiwaniu czegoś, co nas zajmie na chwilę. i tak do szóstej trzydzieści, Aga jebła się na kanapie, Natalia to samo, a ja na podłodze (żadnych pytań). szkoda, że trzy godziny snu, to trochę za mało.
zdjęć nie ma, bałam się iść po aparat.