w prawo, Hugo, w prawo!
łikend w Morągu, wieczór pierwszy:

dzień i wieczór drugi. matkobosko, na koniec było tak zimno, że myślałam, że zaraz płuca wypluję. ale wtedy ktoś (Kamil?) wpadł na genialny pomysł, żeby pójść do Lidla, i 15 minut wybierać cośtam do kupienia. oczywiście Lidl był zamknięty już, po drodze spotkaliśmy stadko dresów, potem była akcja z klatką schodową, itak dalej. nie chce mi się pisać, teraz.

i z niedzieli taki bzdet:

gupkiiii.
^
Nie, nie, nie. To nie może się wydarzyć w ten sposób.
Ona nie może mówić w tym momencie takich rzeczy. To nielegalne.
Wysuwam się spod niej, próbuję ochłonąć, wykrztusić to z siebie jednym wielkim wydechem.
Kurwa jasna, jak bardzo, jak bardzo, ale to jak bardzo, jak katastrofalnie bardzo chcę się z nią teraz kochać.
Uciekajmy z tej pieprzonej szopki, wybierzmy najtańszy z cywilizowanych scenariuszy, znajdźmy czystą pościel, wannę, kupmy w dyskoncie najtańsze zapachowe świeczki, umyjmy się, wytrzeźwiejmy, wypijmy tylko butelkę bułgarskiego półwytrawnego za osiem złotych i wtedy to zróbmy, niech to trwa wieczność, i niech będzie czymś większym niż seks i większym niż życie.
Ale zrobić to w tym namiocie, to jak zrzygać się na ołtarz.
“Zrób mi jakąś krzywdę”
zostaw komentarz