będę brał Cię (gdzie?) w smarcie
If then, I meet you along the way
Where the laurel trees surround us on every side
If then, in a small place, I stand alone
And turn my head, and you smile there
If then, I reach out and touch your form
Where all your silences and your chaos meets
Where everything joins and parts
If I may once clutch your heart
And pull its beauty to my face
(Jeeeeezu, jak lubię tę piosenkę. ten Pan ma głos cudowny.)
więc najpierw smarty. żeby nie było, że po raz enty nic nie mówię, to powiem, że poszłam do roboty, a co! tak jakby do roboty, bo z pracą tak naprawdę niewiele to miało wspólnego…

nie no dobra, grzecznie wystawaliśmy w kolekturkach i z milutkimi uśmiechami rozmawialiśmy z ludźmi, którzy – przykładowo – nie wiedzieli, co to e-mail. okej, to były prawie pojedyncze przypadki. (te zdjęcia z góry to w sumie z czterech pierwszych dni, i z ostatniego, jak dostanę resztę, to może coś dorzucę)
potem Kijów, tak na weekend. Chryste, jakieś 600 km do granicy, a stamtąd 500 do miasta, po drodze o 10 rano były 34 stopnie w cieniu. serio, mówiłam już kiedyś, że nie jestem do takiej pogody stworzona?

ale jaki fajny klimat tam w ogóle, łoboż! to przedostatnie i przed-przedostatnie to robione jak jakoś przed 22 poszliśmy na główny plac, już nawet nazwy nie pamiętam, w każdym razie - było tam trochę fontann, no i co, buty do ręki i latałam po nich. ale ludzie, jaaa! całe tłumy na tym placu, na murkach ławkach schodach, z piwami w rękach, fajkami w ustach, staaary. czilałt
