Monika, tłumacz
dziś chyba bez specjalnego gadania, bo jakoś mi się nie chce za bardzo.
do Morąga pojechałam:

potem był Grunwald, znaczy nie Grunwald konkretnie, nieistotne.

Grunwald był następnego dnia. oczywiście po drodze przez pole rzepaku (taak, to był rzepak, okej, hah) zdążyliśmy na końcową melodyjkę i zejście z pola bitwy (zdjęcia numa cwaj i draj):

dwa ostatnie to już późniejsze.
i poniedziałek, Krakusy do Gdańska przyjechały:

no to tyle by było.
ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem
aaaaaa, dupadupadupa wrrrrr!
wkurrrwiacie mnie!
tytułu nie będzie
Jeeezu. w końcu mi się udało zebrać wszystko i posklejać do kupy. zapiąć pasy proszę, trochę to potrwa.
okej, najpierw była wycieczka do Pażęc. haha, jak kilka dni przed wyjazdem z ciekawości wklepałam Pażęce do wyszukiwarki w wikipedii, i wyskoczyła mi “osada w województwie pomorskim”, czy coś tego typu, a obok “liczba mieszkańców: 6″, to umarłam prawie.

(najbardziej podoba mi się duet Pawła z punktem kopulacyjnym knura)
potem w szkole jakiś Dzień Wolności był. i z tego jedna migawka:

teraz baaal:

haha, czysta komedia. aa, i zakończenie roku. Chryste. są dwie rzeczy, za którymi na pewno nie będę tęsknić – lekcje polskiego, i czekanie przed pierwszą godziną na angielski (o ile można tu mówić o czekaniu, jeśli w 3/4 przypadków się spóźniało).

blah blah, nie chce mi się już. po zakończeniu oczywiście, bo jak inaczej, wywieźli mnie na działkę.

a właśnie, nie chciałby nikt kotka? – hahah, i w końcu Jurata.

nigdy więcej już tak tego nie zaniedbam, bo padnę następnym razem.
zostaw komentarz