www.prowokacja.wordpress.com

kiedy się obudziłam

Opublikowany w coza syf. przez Prowokacja w dniu listopad 22, 2007

Kiedy się obudziłam, było jeszcze ciemno. Uderzyłam ręką w budzik, dzwoniący gdzieś po mojej prawej stronie. Umilkł. Przekręciłam się na plecy i zaczęłam wpatrywać w sufit. Nie wiem, czemu – robiłam to zawsze, odkąd pamiętam. Chwilę zajęło mi zrozumienie, kim i gdzie właściwie jestem. Nic się nie zmieniło – nadal tkwiłam w ciemnym mieszkaniu starej kamienicy zamiast w domu z basenem, jak to sobie wymarzyłam. Usiadłam na łóżku. Powoli robiło się szaro i powinnam zacząć przygotowywać się do pracy. Rozejrzałam się po pokoju – stolik, jedno krzesło, szafa, w niej trochę spłowiałych sukienek i łóżko, na którym siedziałam. Nie było tego wiele, ale lubiłam to wszystko – naprawdę. Sama świadomość posiadania tych kilku rzeczy wprawiała mnie w lepszy nastrój, mimo że nigdy nie byłam materialistką.
W lodówce znalazłam ser i masło, a na półce chleb, zrobiłam więc sobie kanapki. Usiadłam przy stoliku, wpatrując się w świat za oknem i zastanawiając się nad tym, co mnie dziś spotka. Kiedy skończyłam jeść, z szafy wyciągnęłam sukienkę w jakieś trudne do określenia wzory – kółka, kwadraty, czy trójkąty splecione razem w bezsensowny galimatias kresek. Było już piętnaście po siódmej, musiałam wyjść, jeśli chciałam zdążyć na tramwaj. Zamknęłam starannie drzwi i cicho zeszłam na dół szerokimi schodami. Poranek był chłodny i rześki, uśmiechnęłam się pod nosem, i ruszyłam jakby żwawszym krokiem, moment później jednak opuściła mnie ta chwilowa radość. Szłam  cichą parkową alejką, uważając na to, aby się o coś nie potknąć. Byłam już na przystanku i spojrzałam na zegarek, jak zwykle zostały trzy minuty do przyjazdu tramwaju. Machinalnie zaczęłam bawić się guzikami płaszcza, żeby w jakikolwiek sposób zabić nudę. Z zadumy wyrwał mnie tramwajowy dzwonek, weszłam do pojazdu, i błyskawicznie chwyciłam się najbliższej poręczy – tak szybko i niespodziewanie ruszył. Kiedy już utrzymywałam równowagę, usiadłam na siedzeniu obok, przyglądając się innym pasażerom. Były to te same szare twarze co codziennie i każda z nich opowiadała jedną historię – rano piją małą czarną, potem praca, dom i dzieci. To musiało być bardzo przygnębiające, rutyna i niemożność zapobiegnięcia jej w jakikolwiek sposób. Widoki za oknem też nie nastrajały optymistycznie, wszędzie kominy, szare zaplute bramy i smutne kamienice z powybijanymi oknami.
Zbliżał się mój przystanek, podeszłam do drzwi, słysząc, jak gdzieś na końcu tramwaju kłóci się dwóch pijaków, jakich pełno w tej dzielnicy.
Wysiadłam. Powietrze było przepełnione spalinami i hukiem maszyn dochodzącym zza muru stoczni, obok której właśnie przechodziłam.
Pracowałam w biurze i szczerze mówiąc – nienawidziłam tego. Razem z innymi dziewczynami spędzałam około ośmiu godzin w chłodnej sali, wypełniając sterty papierów, których nawet nie rozumiałam. Potrzebowałam pieniędzy i tylko dlatego się na to zdecydowałam.
Dziś nie mogłam się skupić. Przez dłuższy moment siedziałam, obracając w palcach długopis, taki zwykły, najtańszy. Dyskretne chrząknięcia koleżanek trochę przywróciły mnie do porządku, przyciągnęłam ku sobie stertę pierwszych lepszych papierzysk, i zaczęłam je czytać. Niewiele pamiętam, mowa tam była chyba o zakupie jakichś maszyn. Cały dzień wypełniałam  rubryczki, kiedy w końcu wybiła godzina szesnasta i mogłam już wyjść.
Zapadał już zmierzch, ale nie przeszkadzało mi to, lubiłam wieczorne spacery. Pod murami stoczni siedział jakiś kot, miauknął żałośnie, kiedy go mijałam i zrobiło mi się smutno – pewnie był głodny. Zawsze miałam miękkie serce, jeśli chodzi o zwierzęta. Szperałam przez chwilę w torebce, ale nie znalazłam niczego, co mogłabym mu dać. W każdy inny dzień poszłabym po prostu dalej, może tylko trochę przygnębiona, ale nie dziś – dzisiaj było inaczej, czuć to było w tym przesiąkniętym spalinami powietrzu.
- Kici, kici – szepnęłam miękko, przykucając i wyciągając rękę w kierunku kota. Podszedł od razu, pogłaskałam go i uśmiechnęłam się pod nosem. – Chodź, idziemy.
Pewnie nie zostałabym wpuszczona do tramwaju z kotem, postanowiłam więc iść na piechotę. Po drodze minęłam stary kościół, za jednym z okien wieży widać było rozdygotany płomyk świecy.
- Boga tak naprawdę nie ma, wiesz? – powiedziałam do kota. – Nie odpowiada na prośby ludzi, w ogóle go nie obchodzimy. Po co więc wierzyć, jeśli i tak to nic nie daje? – przeciągnęłam palcami po miękkim futerku. – Wszystkie dni są takie same, życie ciągle jest tak beznadziejnie nudne, a rutyna przecież może zabić.
Światło pobliskiej latarni zaigrało w moich włosach, westchnęłam cicho, wycierając pojedynczą łzę, która popłynęła bezszelestnie po moim policzku. Życie tu i teraz jest ciężkie i tak bardzo nienawidzę tego miasta.
Zapięłam płaszcz pod szyją i ruszyłam w dalszą drogę, wiatr zacinał coraz mocniej.
W domu usiadłam na łóżku, myśląc o tym, jak bardzo się dziś myliłam – dni nigdy nie są identyczne, nie mogą być, to tak jak z herbatą – nigdy nie zaparzysz dwa razy takiej samej.
Gdzieś w drugim końcu pokoju mruczał kot.

Wszystkich Świętych

Opublikowany w Gdańsk, Miasto, Zdjęcia przez Prowokacja w dniu listopad 2, 2007

nocne tu