*
i skończył się rok szkolny. cały rok zapieprzu, nauki, i braku wolnego czasu. najpiękniejszy moment każdego czerwca, kiedy wychodzisz z dusznej szkoły na ulice zalane słońcem, i całe życie zaczyna się toczyć spokojniejszym rytmem. w tym roku padało, ale i tak było cudownie. jak zawsze.
a potem wywieźli mnie na działkę. imieniny mamy, tak. przyjechało pełno ludzi, dwudniowe picie do trzeciej w nocy, zgubienie kluczy, i spanie przy otwartych drzwiach. strzelanie z wiatrówki, karmienie kotów pod stołem. teoretycznie nie lubię tam siedzieć, nie sama, bo wtedy można umrzeć z nudów. ale było dobrze.

a wczoraj poszłyśmy z Agą na spacer, taki od 12.00 do 21.20. cały dzień na nogach. włóczyłyśmy się po Parku Oliwskim, straszyłyśmy dzieci, śmiałyśmy się, śpiewałyśmy “Lokomołszyn” przeglądając koszulki w sklepie. i ochroniarz dziwnie na nas wtedy patrzał. a potem zadzwoniłyśmy po Natalię, i jeszcze więcej łaziłyśmy. kupiłyśmy Tęcza Colę w Biedronce [nigdy! tego nie róbcie, błagam.], i piłyśmy ją, jedna po drugiej, po łyku, w kółko. a potem wodę. ojej, prawie się poszczałyśmy pod drzwiami mojego mieszkania, hahaha. kocham takie dni. a dziś pada. no trudno.
Zauroczyło mnie ostatnie zdjęcie dziecka z wyjątkowo niebieskimi oczętami.Patrze,patrze i nie moge,albo i nie chce przestać.Te oczka tak ufnie wpatrzone we mnie,chwila przed lub chwila po wybuchu smutku.Czyżbym się zakochała? ;P
Obiecałaś nowy wpis z okazji naszych dzisiejszych radosnych chwil,przepełnionych śmiechem i niedojrzałymi śliwkami.Mam nadzieje ,że słowa Twe nie odleciały z wiatrem i jednak dostaje jedną z głównych ról w tym opowiadaniu. Zaglądać tu będe,bo rozpoczyna się godnie ;)
Ada